Malta Muzyka

prąd – uszy – kolana?

BLOG BLOK

Posted by maltamuzyka w dniu Lipiec 13, 2009

Krzysztof Kołacki
ROCK IS DEAD. O KONCERCIE PEACHES I JANE`S ADDICTION

Koncerty rockowe w charakterze finału czy swoistego „post scriptum” festiwalu teatralnego to już po trosze „Maltańska” tradycja. W tym roku jednak owo autonomiczne „zamknięcie” miało charakter szczególny, nie tylko ze względu na pozycję zaproszonych artystów i ich muzykę. O ile w przypadku koncertu Nine Inch Nails i Aleca Empire można było kwestionować sensowność podpinania tego dość tradycyjnego koncertu pod markę Festiwalu Malta, o tyle tym razem artyści sami zadbali o widowiskowość i swoistą teatralność swych występów. Przy okazji uderzyli też w samo jądro przesiąkniętej seksizmem i etosem „macho” kultury rockowej, robiąc to nierzadko lepiej niż twórcy happeningów czy performansów w ramach Nowych Sytuacji. Ale czy mogło być inaczej w przypadku wspólnego koncertu Peaches i Jane`s Addiction?
Działająca w Berlinie kanadyjska artystka wraz z towarzyszącym jej zespołem wbrew obawom wielu osób znakomicie sprawdziła się jako support kultowej kapeli amerykańskiego rocka alternatywnego. Oczywiście pod warunkiem, że nie jest się bezkrytycznym fanem Jane`s Addiction. Peaches bowiem postawiła na bezpardonowe szyderstwo z rockowego etosu i nie omieszkała prowokować wielbicieli JA. Jej show od początku, od momentu pojawienia się na scenie dziwacznie ubranych postaci (clownów?), był perfekcyjny. Określenie „show” jest tu najwłaściwsze, gdyż trudno mówić w tym wypadku o tradycyjnym koncercie. Scena elektro-punkowa ma to do siebie, że stawia częstokroć na performans i kabaret, i w tym przypadku nie było inaczej. Fantazyjne stroje, maski, lateks, clownada, stagediving (Peaches miała bezprzewodowy mikrofon – dzięki czemu większą część drugiego utworu spędziła na ramionach publiki, koziołkując przez niemal całą długość pierwszego sektora!), seksualne prowokacje, zachęty typu „i wanna fuck you in the ass”, szyderstwo z hardrockowego statusu gitary jako przedłużenia męskiego ego, zaczepki fanów Jane`s Addiction i mimo wszystko świetny kontakt z publicznością (która wcześniej w Internecie dawała wyraz swej niechęci do „headlinera”) – taki był właśnie ten występ. Prawdziwe widowisko, które z rzadka tylko przypominało odgrywanie hitów – choć i tych nie zabrakło. Jednak nawet takie przeboje Fuck The Pain Away czy Kick It! (ze znakomitym pastiszem scenicznego wizerunku Iggy`ego Popa jeszcze z czasów The Stooges) wykonane zostały bardzo oryginalnie, nieraz w zupełnie innych aranżacjach niż wersje studyjne. Zdarzało się i tak, że utwory pierwotnie utrzymane w dość wolnym tempie nagle stawały się agresywnie szybki, nie wywołując przy tym uczucia dysonansu. Całość była przerywana parakaberetowymi scenkami, ironicznie nawiązującymi do hermafrodytyzmu (w kulturze rockowej obecnego od czasów glamu), agresywnej seksualności czy etosu koncertu rockowego (z obowiązkowymi parodiami gitarowych solówek). Trudno było sobie wyobrazić lepszy koncert na zakończenie festiwalu – jak by nie patrzeć – teatralnego i nierzadko krytycznie podchodzącego do społecznych konwencji.
Wydawałoby się, że po Peaches fani rocka dostaną to, na co czekali. Jane`s Addiction przed laty porywało nie tylko ciekawą muzyką (mieszanka psychodelii, hard rocka, post-hardcore`a i funk-metalu), ale przede wszystkim ekspresyjnymi koncertami, przypominającymi połączenie szaleństwa wczesnego Bad Brains z energią najlepszych występów pionierów „ciężkiego grania” w rodzaju Deep Purple czy Led Zeppelin. Tak było w latach 80. i na początku 90., kiedy to rodziła się scena Seattle (Mudhoney, Butthole Surfers, Mia Zapata & The Gits) i kiełkował inspirowany (post)hardcorem i funkiem rock alternatywny (Living Color, Red Hot Chili Peppers, Faith No More). Na tle tych wszystkich, w większości kultowych zespołów JA wyróżniało się hipisowskimi inspiracjami, wyrażającymi się nie tylko w wymyślnych strojach, ale też w licznych wycieczkach w psychodeliczne rejony muzyki rockowej czy też charakterystyczną dla hipisow balladowość. Można zaryzykować tezę, że Jane`s Addiction to charakterystyczna dla przełomu wieków hybryda niemal wszystkich stylistyk obecnych w ramach rocka – od jego wariantu energetycznego i wściekłego, po nurt spokojniejszy, bardziej nastrojowy, zahaczający nawet o klasyczny folk. Mając w pamięci ich wcześniejsze koncerty na festiwalach czy w klubach można było oczekiwać specyficznego, ciekawego „crossoveru”.
W istocie to też otrzymali polscy fani Jane`s Addiction. Dominowała co prawda rockowa psychodelia, w której rozpływały się i te zazwyczaj agresywniej grane utwory, nie zabrakło jednak i szczypty posthardcorowej furii w przypadku starego, ciągle porywającego Stop!. Wielu fanów miało za złe akustykom słabe nagłośnienie wokalu i w ogóle nie najlepszą jakość dźwięku i niestety trudno się z tym nie zgodzić. W rezultacie JA nie mogli zaatakować ścianą dźwięku, a Perry Farrel zabłysnąć swym słynnym, mocnym wokalem. Sami muzycy zresztą też nie tryskali nadmierną energią, popadając niekiedy wręcz w autoparodię (obcisłe stroje, dość szablonowe i nie skażone nadmierną mądrością teksty między utworami, cały arsenał „rockowych środków przekazu” od podskoków po picie wina prosto z butelki) – jeśli Peaches szydziła z rocka i związanej z nim otoczki, to JA dopełnili dzieła, samym sobą dowodząc upadku tej kultury. Pomyśleć, że kiedyś wyglądało to całkiem inaczej. Jeśli ktoś nie nastawił się na dobra zabawę z hardrockową konwencją, tylko na poważny koncert ważnej niegdyś kapeli z pewnością przeżył zawód. Tym bardziej, że zespół grał stosunkowo krótko (choć i tak ponad godzinę), zabrakło kilku ważnych utworów (choćby Pigs In Zen), a hity nie miały należytej energii. Trochę słabo, jak na tak ważny zespół.
Jak ocenić ten koncert? Trudno powiedzieć. Jeśli zaakceptujemy fakt, iż w obu przypadkach mieliśmy do czynienia w zasadzie z kabaretem, paradoksalnie można oba występy uznać za udane. Jeśli ktoś nadal podchodzi do rocka poważnie, to niestety raczej się rozczarował. Żal zwłaszcza fanów Jane`s Addiction, którzy wychodzili z wyraźnym wrażeniem niedosytu, zwłaszcza, że zespół nie zagrał drugiego bisu (pierwszy był króciutki). Widać było, że są jednak kapelą trochę już przebrzmiałą, nie mającej tej energii co otwierające festiwal Nine Inch Nails, o Peaches nie wspominając.

w ramach post scriptum trochę rejestracji:
Peaches


i Janes Addiction

Posted in jane's addiction, peaches | Leave a Comment »

rolls rulez

Posted by maltamuzyka w dniu Lipiec 8, 2009

Konkrs na 5 sekundową impresję na temat Janes Addiction wygrywa Julia, filmem „summertime rolls”. Gratulacje !

Wszystkich tych, którzy nie wygrali i nie są pewni czy wybrać się na dzisiejszy wieczór niech zachęci poniższy klip prezentujący formę kapeli z przed miesiąca oraz fakt, że nigdy nie wiadomo czy zespół znowu i po raz kolejny nie rozpadnie się na zawsze :)

Posted in jane's addiction | Leave a Comment »

Koty za płoty

Posted by maltamuzyka w dniu Lipiec 8, 2009

Przyjemna zabawa. Wesołe kwiki do mikrofonu i mało odkrywcze teksty. Po prostu „Mass kotki”. Zagrały we dwójkę (bez Siwej) na poziomie na którym wszyscy spodziewali się, że zagrają. Bez fajerwerków, ale i bez skandalu. Publiczność rytmicznie tupie nogą, siedząc na krzesłach w dusznej sali na piętrze. Symetrycznie podzielony na osi czasu koncert, składał się z dwóch części. W pierwszej można było usłyszeć przegląd utworów napisanych przez zespół do spektaklu „Księga Rodzaju 2” w reżyserii Michała Zadary, w drugiej przegląd największych hitów zespołu. Zabrakło tylko „Maryi” , która poleciała na zejście zespołu w zremiksowanej wersji. I po zabawie.

Posted in mass kotki | Leave a Comment »

Rany

Posted by maltamuzyka w dniu Lipiec 7, 2009

Legenda polskiej sceny niezależnej – Kormorany. Zespół wywodzący się z Wrocławia, z czasu gdy ten jeszcze przynależał do polskiej rzeczypospolitej ludowej. Niestety lata sceniczno-estradowego doświadczenia, nie były specjalnie odczuwalne.

Mieliśmy okazję usłyszeć małą retrospektywę zespołu, zaczynając od ich pierwszego hitu – muzyki do „Historyji o Chwalebnym Zmartwychwstaniu Pańskim” Mikołaja z Wilkowiecka w reżyserii Piotra Cieplaka (która wypadła najlepiej ze wszystkich muzycznych wspomnień przywoływanych na czwartkowym koncercie), a kończąc na kompozycjach z okolic 2000′ego roku.

Mankamentów było kilka. Monstrualną ilość sprzętu używanego na scenie, stanowiła nie lada orzech do zgryzienia dla dźwiękowców, którzy gubili się w wężowiskach kabli, przez co można było bardziej oglądać muzyków niż ich słyszeć (Silent Disco ?). Kilku minutowe partie gitar Bluesmena i Konika były zupełnie głuche. Podobnie pierwsze próby z banjo, ukulele, samplerem. Zupełnie inną kwestią są techniczne braki muzyków, które zdradzają ich „punkowy” rodowód. Jednak w przypadku tego zespołu nie chodzi przecież o techniczną ekwilibrystykę, dlatego może nie potrzebnie się czepiam. Jednak brzmienia, które bardzo często nie mogły wybrzmieć, sprawiają, że po koncercie pozostał zdecydowany niedosyt. Szkoda.

Posted in Uncategorized | Leave a Comment »

Czwartek

Posted by maltamuzyka w dniu Czerwiec 25, 2009

Dobra

powspominaliśmy wtorek, ale wtorek już nie ma sensu.

Jest czwartek.

Za kilka godzin zagrają Kormorany – starodwana legenda o psychodeli z Wrocławia lat 80tych ( i w górę). Jak niemalże wszyscy tego roczni uczestnicy muzycznej Malty, brali narkotyki – Yeaa Uuu ! LoL :)

Za pół godziny w centrum festiwalowym zaczyna się koncert neTTheatre dlatego nie się nie rozpisuje. Powiem tak – jeżeli ktoś jeszcze nie wie czy chce iść na Kormorany niech spokojnie zapozna się z nagraniem koncertu sprzed dwóch lat, zarejestrowanym we Wrocławiu. Do zobaczenia wieczorem !

Posted in Uncategorized | 1 Comment »

wtorek post scriptum

Posted by maltamuzyka w dniu Czerwiec 25, 2009

O wtorkowym koncercie otwierającym Malta Festival można usłyszeć bardzo różne głosy. Niektórzy twierdzą, że Alec był super, inni, że grał za głośno, jeszcze inni są zawiedzeni, że użył gitary tylko w jednym numerze. Są takie głosy, że Alec w ogóle nie pasuje na support band’u w typie Nine Inch Nails – jednak nie należy zapominać o tym, że zdarza mu się to nie po raz pierwszy.

Mój znajomy zasnął na NIN. Inni wyszli po pół godziny, część osób była zażenowana rockowym show jakie nam zaserwowano. Jednak Ci, którzy czekali na ten koncert najbardziej – więc zastęp czarno dżinsowych fanów bawił się świetnie. Śpiewali razem z Trentem Reznorem, skakali razem Trentem Rezorem i razem z nim wydawali z siebie spazmatyczne charczenia.

Pisząc już zupełnie na poważnie, to mogliśmy zobaczyć naprawdę przyzwoity koncert. Amerykańskie show ze łzami i heroizmem frontmena, z rzucaniem instrumentami o deski estrady i oświetleniem zgrabnie dogranym do wszystkich muzycznych drgnięć. Jedyną rzeczą jaką można zarzucić organizatorom to podział koncertowej przestrzeni na dwa sektory, który zupełnie się nie sprawdził. Większość uczestników koncertu którzy od dawna czekali na gwiazdę wieczoru znalazła się bezpośrednio pod sceną, przyczyniając się do pustek jakimi świecił drugi sektor – daleko od sceny (z nagłośnieniem, które podobno nawalało). Jednak drugo sektorowi fani bawili się dobrze tzw. siłą rzeczy.

Wszystkim tym którzy przegapili koncert, a chcieli by doświadczyć czegoś więcej niż ciągi słów, które mieszczą w sobie różne głosy, pozostają rejestracje. Korzystając z dobrodziejstw jutuba zapraszam na 20 minut Aleca Empire’a razem z Nic Endo (niestety jakość nie jest najlepsza) oraz 10 Nine Inch Nails. Miłego oglądania.

i jeszcze jedno, jeżeli lubisz czytać, przeczytaj recenzję z wtorkowych uciech autorstwa Krzysztofa Kołackiego – dostępną TU

NIN

Alec 1

Alec 2

Posted in Alec Empire, Nic Endo, NIN | Leave a Comment »

YEAh !!

Posted by maltamuzyka w dniu Czerwiec 24, 2009

Konkurs na „5 sec” impresję na temat NIN wygrali „yadoo” i Marcin. Ich filmy nie mają pięciu sekund. Zwycięzcą „gratulujemy”, jednocześnie przypominając, że trwa konkurs pięcio sekundowych impresji, w którym nagrodą główną są bilety na Janes Addiction.
Filmy razem z numerem telefonu należy przesłać do 7 lipca na mail hykter@gmail.com . Tym czasem zapraszam na filmy zwycięzców.


Posted in Uncategorized | Leave a Comment »

Bilety na Jarzenie !!

Posted by maltamuzyka w dniu Czerwiec 24, 2009

Mały konkurs.
(odpowiedzi razem z numerem telefonu proszę przesyłać na mail hykter@gmail.com)
.

Jeżeli ktoś z Was jest zainteresowany podwójnym biletem na spektakl pt. „Jarzenie” dzisiaj (24 czerwca) o 18 musi „powiedzieć mi” w jakim spektaklu, który brał udział w zeszłorocznej Malcie muzykę własego autorstwa wykonuje Patryk Lichota. Do rozpoczęcia spektaklu pozostało osiem godzin, dlatego trzeba się spieszyć. Jeżeli ktoś chciałby wiedzieć o spektaklu coś więcej, ujął bym to tak:

Jest dużo światła. Czasem rozświetla salę naprawdę mocno. Kto by pomyślał, że słońce to kolejna szklana kula. Jest dużo ciemności. Cała sala. Czasem zaciemniana naprawdę mocno. Wniosek? Potrzeba nam jak najwięcej szklanych kul. Na całą salę. Przedmiot zostaje odświeżony, gdy konstrukcja kom-Unikatu zostaje rozchwiana. Naprawdę mocno. Pełna polaryzacja kolorów. Czarna scena pozbawiona sceno-Grafii, opływana przez świa-Tło. Proste, prawda? Wizytowe stroje czwórki aktorów. Mityczna gra przeciwieństw. Wystarczająco dużo, by skol-Onizować się w, u- Myśle widza. Genesis uczy – słowa stwarzają rzeczy. Taka recenzja. Odwieczny problem, jak opowiedzieć obcym o kontakcie ze światłem? Trójkąt w kółku. Na/szczęście/mijamy.

Kupić/Przepis:

1 sala

4 aktorów

2 kolory

5000 kg widza

Za 15 złotych, ludzie ruszają się przed nami wystarczająco długo. To zaleta. Aktorzy powoli pocą się, cały czas patrząc. Też patrzę. Podoba mi się. Światło rezygnuje ze swojej falowej teorii, przecież scenografia nie może być z fal. Jego pulsacje zmieniające się razem ze scenami, wydobywają na wierzch przestrzenie i kształty, od głębokiego dna morza, po samobójcze pokoje, czasem laboratoria, a czasem po prostu scenę wypełnioną słowami aktora – monologami na analogowych ludzi. Takie małe historie o człowieku, który cieszy się z zakupów. Twierdzi, że je lubi, bo pozwalają mu się cieszyć. Jestem władcą swoich pragnień. Jest szczęśliwy w sposób histeryczny. To wada. O tym, że zawsze zabija się to, co się kocha, że wszystko dookoła się rozpryskuje, a żarówki mogą być bombami, pociskami. O nieszczęściu, o super człowieku wyhodowanym na pożywce nowych technologii. Tego człowieka zobaczymy. Jest zrobiony ze świecących przewodów, ładnych i zachęcających do patrzenia. Podoba mi się. Są też sceny zbiorowe. Podobnie jak poprzednie, poddane są one geometrycznemu kształtowaniu. Nic nie dzieje się samo, raczej szkicowane jest przez trójkąty, kwadraty i inne wieloboki, które szukają w aktorach dróg wyjścia z papierowego bezmiaru. Gdy przyśpieszam pamięć, stają się zupełnie wyraźne. Odnajduje je w ruchach, słowach, scenografii oraz czasowym rozkładzie spektaklu. To zaleta estetyczna.

Hiper estetyczna przestrzeń spektaklu obraca się w wizualnych widnokręgach gier i subtelnego s-f. Być może odesłanie do gier jest nieco na wyrost, jednak kolejne wygrane levele, zakrzywiają parabole skojarzeń w oczywistą stronę. Do wirtualnych światów odsyła także szata audialna spektaklu. W końcu jedynym miejscem, w którym możemy usłyszeć przeciągłe jazgoty i skwierczenia prądu elektrycznego są gry fps (first person shooter). Również scyfryzowany i przekształcony głos ludzki, odpowiedzialny w futurystycznych krainach za komunikację inteligentnych maszyn ze światem przenosi mnie w rzeczywistość gry. Jak by nie było, właśnie tam rozmawiam z maszynami najczęściej.

Żaden element opowiedzianej historii nie burzy tego nastroju. Wszystkie te świa-tło-przestrzenie-cienie, prztykane są pytaniami o kondycję współczesnego człowieka. Czy przeżarci popkulturą, stajemy się karykaturami samych siebie? Co się dzieje, gdy o naszej niezwykłości zaczynają przesądzać niecodzienne potrzeby? Czy intelektualne elity pogardzające tłumem nie pożerają własnego ogona? Wszak Spektakl mówi – ci, którzy uważają wszystkich za głupców, sami są głupcami. Z czasem nawet pytania tracą na wartości. Społeczne relacje w których tkwimy okazują się niczym innym, jak kolejnymi parafrazami pierwotnego walenia w bęben. Bez końca i do skutku.

ja1: jaki był teatr

aga: fajny

ja1: to spoko

ja1: ej a co robisz jutro

aga: musisz go zobaczyć

Posted in Uncategorized | Leave a Comment »

Jane`s Addiction

Posted by maltamuzyka w dniu Czerwiec 23, 2009

Jeśli ktoś słuchał alternatywnego rocka na przełomie lat 80. i 90. nie mogł nie trafić na tę formację. Powstałe w 1985 r. Jane`s Addiction z impetem wdarło sie na muzyczną scenę. Muzykom takim jak Perry Farrel czy Dave Navarro zawsze było blisko do szaleńców pokroju Mike`a Pattona i to też było słyszalne. Kiedy oglada sie zapis starych koncertów JA, odnosimy wrażenie, że stanowili oni kolejny fundament amerykańskiej sceny niezależnej, obok Fugazi, Mudhoney czy The Gits & Mia Zapata. Nieprzypadkowe to skojarzenia. Sami zobaczcie jak dzika energia towarzyszyła niegdyś temu zespołowi:
Prawda, że słychać wpływ kapel z Dischordu, a także totalnie inspirujacego dla punków, hardcore`owców i twórców funk-rocka Bad Brains? Różnie to z Jane`s Addiction później bywało, dzieki czemu zagościli też w radiu. Ale nawet te ich wygładzone utwory są dość psychodeliczne i ewidetnie „odjazdowe”( używając nomenklatury stosowanej ongiś w punkowych zinach na określenie dziwnej, poszukującej, niezależnej muzyki). Może dlatego JA są zespołem kultowym? Mieli wiele zakrętów, schodzili się i rozchodzili, przez moment grał z nimi Flea (dziś Red Hot Chili Peppers, niegdyś hc/punkowy Fear), teraz natomiast powrócili w klasycznym składzie. Trudno ich porównać do jakiegos innego bandu, bo zawsze byli bardzo oryginalni i niewątpliwie stanowili o kolorycie alternatywnej sceny lat 80. i 90. Jak wielu twórców indie z czasem stali się po prostu grupą rockową, grająca drogie i duże koncerty dla rzeszy wyznawców. Trochę to paradoksalne, ale z drugiej strony – to zawsze była scena raczej oficjalna niż offowa. Bez wątpienia ich nieco posthippisowskie brzmienie zainspirowało np. Pearl Jam i generalnie od razu słychac, ze JA i scena Seattle powstały w tym samym czasie, na bazie fascynacji starym rockiem i brzmieniami hardcore/postpunk.

Krzysztof Kołacki

Posted in jane's addiction | Otagowane: , , , | Leave a Comment »

NIN – słów kilka

Posted by maltamuzyka w dniu Czerwiec 22, 2009

NIN zaczynało jako solowy, autorski projekt Trenta Reznora, słynącego ze swego perfekcjonizmu. W różnych okresach artysta, który pierwotnie sam nagrał wszystkie ścieżki instrumentów (za wyjątkiem perkusji), zapraszał licznych gości do kolaboracji. Po trasie ze Skinny Puppy było w zasadzie wiadomo, że na mapie industrialnego rocka alternatywnego pojawiła się nowa ważna formacja.
Muzyka Nine Inch Nails jest zaskakująca. Z jednej strony brudna, na swój sposób postpunkowa i otwarta na eksperymenty, rozmaite odjazdy. Z drugiej – nie stroniąca od niemal popowych melodii i harmonii godnych muzyce klasycznej. W muzyce NIN ściera się ze sobą industrialny brud i pewna melodyjność, która zapewniła jej obecność w mainstreamowych mediach. Bo Dziewięciocalowe Gwoździe maja na koncie przeboje, ktore de facto ugruntowaly ich wizerunek czołowych przedstawicieli industrialnego rocka:


Jednak równolegle Trent i jego goście przygotowywali daleko bardziej odjazdowe rzeczy w rodzaju instrumentalnego, czteropłytowego wydawnictwa „Ghosts” czy różnorakich remiksów.

Warto też zwrócic na ciekawa kolaborację Trenta Reznora z Richardem D. Jamesem, znanym szerzej jako Aphex Twin :

Takich perełek NIN ma na koncie sporo. Część z nich to niepokojace, depresyjne rockowo-industrialne piosenki, inne to totalne, psychotyczne odjazdy dla odważnych. Ja osobiście mam do NIN stosunek ambiwalentny. Z jednej strony bardzo lubie ich ciężkie, przytłaczające utwory, z drugiej melodyjnośc co bardziej zwykłych ich piosenek sprawia, iz przechodze obok nich obojetnie. Ale to niewatpliwie wazna formacja, nei tylko dlatego, ze dla niektórych była odskocznia do prawdziwego industrialu lub chociażby klasyki gatunku w rodzaju Ministry czy wspominanego tu Skinny Puppy :) David Bowie nazwał NIN „nowym Velvet Underground” i coś jest na rzeczy. W ich dziwnej na poly chwytliwej (wrecz popwej), na poły brutalnej i surowej jak wczesny industrial (Trent przyznaje, że inspiruje się trochę Throbbing Gristle czy Test Dept.) muzyce odbija sie cała ambiwalencja kultury popularnej, z jej różnymi ścieżkami. To synteza doświadczeń twórców radykalnej elektroniki, najbardziej poszukujących postpunkowców i nowofalowców, psychodelicznych prepunków oraz depresyjnego rocka lat 70. i 80.

Krzysztof Kołacki

Posted in NIN | Otagowane: , , | Leave a Comment »

 
Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.